( Zwyczajowa prezentacja osoby i dorobku gościa. Wzmianka o Keanu Reevesie wywołuje uśmiechy. Ken zostaje zapowiedziany... zrywają się rzęsiste brawa )
Wstęp do "Wiele hałasu o nic"
Ken : Chciałbym wiedzieć, dlaczego imię Keanu Reevesa zawsze wywołuje reakcję... tylko w Ameryce... Myślę, że jest wspaniały... To znaczy, mam nadzieję, uznacie, iż jest wspaniały w tej roli.
(przeprosiny za zmianę terminu, itd.) Niestety, wydaje się, że sprowadziłem tu pogodę (ulewny deszcz) z Anglii, właśnie teraz, gdy szykujecie się do obejrzenia *tego* filmu, który jest rodzajem ... (przygasają światła) Och, już zaczynają ... [śmiech] (światła powracają) ... Jeden z moich przyjaciół opisał go jako reklamę Toskańskiego Wydziału Turystyki... Mieliśmy fantastyczny czas... Ale zdradzę wam w kilku słowach, jacy są aktorzy. Założę się, że jest tu dzisiaj kilku aktorów... [brawa, itp.] są bardzo hałaśliwi, po tym zawsze można ich poznać. Aktorzy tego filmu pojawili się pierwszego dnia i... Zgodzicie się, że to wyjątkowe miejsce, zachwycające, cudowne światło, nadzwyczajny krajobraz, wspaniała kultura, przestrzeń, po prostu przepiękne miejsce. Wszyscy więc, absolutnie porażeni, błądzą wokół tej niezwykłej willi, w której kręciliśmy, i wszyscy w kółko powtarzamy... "Jeszcze nigdy, nigdy nie pracowałem w takim miejscu jak to... To coś zupełnie niesamowitego... Uwielbiam to ... być częścią takiego doświadczenia, Shakespeare i ...". Drugiego dnia : "Znów to pieprzone gorąco", Trzeciego dnia : "Nienawidzę makaronu ! Dlaczego nie mają tu nic innego". ... Wydaje mi się, że to nie Amerykanie zachowywali się w ten sposób, ale wielu Brytyjczyków. Jednak teraz już skończę. Oto "Wiele hałasu o nic", sztuka pełna słońca, serca i naiwności, zgodna ze swoim tytułem, a także niektórymi tytułami innych sztuk, "Jak wam się podoba", "Wieczór Trzech Króli, lub Co chcecie"; coś takiego, co możecie odebrać naprawdę jak wam się podoba. Jest to coś, co robiliśmy z prawdziwą dumą, spędziliśmy przy tym cudowne chwile; myślę, że daje się to odczuć w filmie. Życzę przyjemnego odbioru...
Pytania po projekcji
Pytanie o filmowe adaptacje Shakespeare'a
Ken : Cóż trzeba podjąć decyzję czy pociąć sztuki. Ta doznała dość mocnych cięć, jak prawdopodobnie zauważyliście. Hm ... "Hamlet" oczywiście nie jest skrócony. Przypuszczam, że była to...[uśmiech] - ktoś kiedyś zapytał mnie co to jest "Hamlet", powiedziałem że to jakieś 4 godziny [śmiech] - "Hamlet" był próbą sprawdzenia, czy znajdzie się dzisiaj publiczność gotowa przyjąć pełny, nieokrojony tekst, choć wielu ludzi do tej pory spiera się, co stanowiło pełny tekst "Hamleta". Ale w przypadku tego filmu ("Wiele hałasu o nic") i "Henryka V" miałem jasny pogląd jaki jest poziom tolerancji dużego filmu mówionego. Nadmiar dialogów staraliśmy się równoważyć sporą ilością muzyki, co zawsze bywa nieco kontrowersyjne w moich filmach. Spotkałem ludzi, którzy wręcz czuli się oburzeni ilością muzyki. Jest jej dużo w tym filmie, jest dużo w "Hamlecie", ale często była narzędziem do zbudowania mostu między sceną a ekranem, sposobem, aby oddalić niepokój , który może rodzić się w ludziach z powodu braku zrozumienia tekstu. Muzyka jest dobrą drogą kiedy ludzie nie są pewni, czy śmiać się z 400-letnich żartów, pozwalamy im przejść nad tym, zaakceptować i odebrać scenę bez uczucia, że film jest rodzajem testu na inteligencję. Pomaga uwalniać ludzi od obaw, że mogą czegoś nie zrozumieć. Muzyka jest doskonałym sposobem na wprowadzenie widzów w charakter sceny, i może rzeczywiście mamy tu rację, Wydaje mi się, że 3 wspomniane tu filmy, które reżyserowałem, mają jakby tendencję do wydłużania się... co, jak sądzę, publiczność może chcieć rozważyć, gdy powiem, że działa tu rzecz magiczna, czego oczywiście dokładnie nie określę, jeden z powodów, dla których pociąga mnie ta praca. Mianowicie - jest to praca poety, która swoją muzyką, przyznaję to, oddziałuje daleko poza nasze świadome rozumienie tego, co właśnie mówi; jest coś w strukturze wersów, w dźwięku słów, w sposobie ich dobierania, co podbija duszę, ...żeby nie być zbyt pretensjonalnym... tylko troszkę [śmiech]... To oddziaływanie przekracza wszystko, co ja, jako reżyser, mógłbym próbować wyzwolić. "Hamlet" był więc próbą wydobycia całego *czaru* tej wspaniałej epiki, tej sztuki jak gotycki zamek, jak to ktoś określił... [chwilka ciszy] Tak się tym ekscytuję.
Pytanie o przeniesienie metod pracy scenicznej na ekranową
Ken :
Zawsze byłem odporny na ten rodzaj szekspirowskiego aktorstwa, które wymaga stania w "ten" sposób (namaszczona poza charakterystyczna dla dawnej szkoły), ubrani w kostium z materiału na kurtynę, chodzenia w kółko (zaczyna demonstrować złą grę i przesadę w głosie) [śmiech] Żadnej swobody. Tak łatwo to naśladować, że aż mam poczucie winy. Wielu ludzi się śmieje, wiem, ale, to jest tak: drżysz z emocji, jesteś aktorem w sztuce nadzwyczajnego dramaturga, który zawsze czyni cię lepszym niż jesteś, inteligentniejszym niż jesteś; ogarnia cię strach, czy temu sprostasz, i odruchowo na wszystko przenosisz powagę i pretensjonalność, na ciało, na głos. Chcę i próbuję znaleźć sposób, aby z tym zerwać, aby ludzie mówili tak jak w życiu, i zrobić to ze świadomością, że to jednak jest język sprzed 400 lat. Powinniśmy wiedzieć, co znaczy każde słowo. Miałem kilku doradców przy każdym filmie, jak ekspert w sprawie tekstów - Russell Jackson, który jest dyrektorem Instytutu Szekspirowskiego w Anglii; jak człowiek, który pracuje ze mną, ogląda moje przedstawienia - Hugh Cruttwell, dyrektor Royal Academy of Dramatic Art w czasach, gdy tam studiowałem, wspaniały nauczyciel dramatu, bo jedyną jego troską jest... czy coś jest wiarygodne. Jest więc grono ludzi, i oczywiście całe zespoły aktorów przecież gotowych służyć sztuce. Choć z Shakespearem tak jest, że łatwo o postawę mniej skromną. Sam
spotykam się z wieloma kompletnie nieuzasadnionymi zaszczytami. Ludzie przeceniają mnie, myślą, że jestem bardziej inteligentny niż jestem naprawdę, tylko dlatego, że zajmuję się takimi filmami. To fakt. Trzeba się temu opierać. W każdym przypadku trzeba rozważyć, co w danej sztuce może mieć bezpośredni, namacalny związek ze współczesnym życiem. To stosunkowo łatwe w odniesieniu do "Wiele hałasu o nic", myślę że każdy z nas przeżywał zakochanie, i pewnie każdy popełnił jakieś głupstwo z miłości, czy pochopnie gwałtownie zareagował. Odbywamy wiele prób, rozmawiamy, o czym w naszej opinii jest dana sztuka. Próbuję powstrzymać aktorów od mówienia w głupawy sposób, i praktycznie scena po scenie, wers za wersem, chwila za chwilą zadajemy sobie pytanie :
czy mogę w to uwierzyć. Później jest praca nad językiem, by brzmiał naturalnie. Bez zabijania poezji. Owszem, powinni wymawiać końcówki wyrazów. Gorzej jest z mówieniem "Rosencrantz and Guildenstern" zamiast "Rosencrantz 'n' Guildenstern". Jest wiele rodzajów niedbalstwa, które mogą się zdarzyć, jestem w tym względzie trochę faszystą. Chciałbym jednak, by cały ten proces pozostawał niezauważony.
Pyt. : Czy mógłby Pan rozważyć sfilmowanie "Henryka IV", części 1?
Ken : Bardzo uprzejmie, że to mówisz. Jeśli mogę zacytować innego przedstawiciela doby elżbietańskiej : "Zbliża się śpiesznie skrzydlaty rydwan czasów". Otóż, zbliżył się i popędził dalej minąwszy mnie. [śmiech] Wydaje mi się, że czas przyszedł i odszedł. Tak naprawdę, jeśli mówimy o filmie, ale nie chcę tym sprowokować żadnej reakcji, myślę że był i minął czas, gdy mogłem to zrobić. No i jest przecież świetna ekranizacja "Henryka IV", obydwu sztuk, zrobiona przez Orsona Wellesa, "Dzwony o północy" ("Chimes at Midnight"), naprawdę znakomita rzecz. W przyszłym życiu, z przyjemnością.
Pyt. : Czy są sztuki, których wolałby pan nie ruszać ze względu na istniejące już wersje filmowe ?
Ken :
Myślałem, że byłoby miłą rzeczą założenie tej spółki - The Shakespeare Film Company i zekranizować wszystkie sztuki, ale... Nie wiem, czy ktokolwiek z was oglądał przedstawienia z wielkiej serii szekspirowskiej telewizji BBC. To w pewnym sensie uświęcona wersja wszystkich sztuk, a w gruncie rzeczy katastrofa. Częściowo dlatego... mam nadzieję, że nie ma tu żadnego z reżyserów [śmiech] częściowo dlatego, że intencją było stworzenie swego rodzaju wielkiego pomnika kultury, ale kiedy ma się sztuki do "odrobienia", nie mogło powstać nic innego jak zbieranina z jakichś fragmentów. Zrobię jeszcze trzy filmy i będę miał komplet. Proces tworzenia filmu jest, w każdym razie w moim przypadku, tak intensywny, często bolesny i wyczerpujący, poddany wszelkim wzlotom i upadkom i zabiera tak dużo czasu, że nie mógłbym tego robić bez pasji, skrajnego wręcz zaangażowania w opowiadaną historię. A przecież nie mam 37 fantastycznych pomysłów na wszystkie te sztuki. Wracając do pytania, nie zniechęciły mnie poprzednie wersje. Najpierw zrobiliśmy "Henryka V"; są sztuki dające się tak łatwo adaptować i tak nośne, niezależnie od czasów czy wyobraźni osób, które do nich podchodzą, że każda wersja może być uznana, jeśli tylko twórca ma spójną wizję lub choćby dość pasji. Nie odstraszają mnie inni filmowcy i jest kilka sztuk, które pragnąłbym zrobić... a które MAJĄ już wyśmienite realizacje filmowe, będę więc musiał zaryzykować Gniew Bogów.
Pytanie o to, dlaczego zdecydował się pokazać seksualny związek Hamleta i Ofelii.
Ken :
Pytanie powinno brzmieć raczej dlaczego w "Hamlecie" mamy wybór pokazać, czy też nie pokazać seksualny [śmiech] charakteru związku Hamleta i Ofelii. Myślę, że przy pracy nad "Hamletem" przynajmniej aktor grający Hamleta i aktorka odtwarzająca rolę Ofelii zastanawiają się, czy oni *to* zrobili, czy też nie. Są w tekście miejsca, które sugerują, że tak, inne zaś, że nie. Inną rzeczą jest, jak przypuszczam, oparte na bardzo otwartej interpretacji, nasze uczucie, że łączy ich jednak właśnie taki stosunek. Chciałbym też w sposób może dla niektórych zbyt oczywisty podkreślić, że sztuka ta związana jest z bardzo silnymi emocjami. Nie chciałem niczego spłaszczyć, ale raczej uprościć, uczytelnić. Hamlet to wielka kulturalna ikona, każdy coś o nim słyszał... że jest jakaś czaszka... że to facet w rajtuzach.... że tu padają słowa "Być, albo nie być"... Poznajemy Hamleta pełnego tęsknoty za utraconym dopiero co Ojcem, co łatwo zrozumieć, prędzej czy później życie wszystkich nas do tego zmusza. Czujemy też atmosferę swego rodzaju silnego, zakazanego romansu. Problem rodzi się, kiedy szalona Ofelia wyśpiewuje : "Lecz łoże moje już znasz" (tłum. M.Słomczyński) ("Thou hadst not come to my bed"). Traktujemy to dosłownie i myślimy intensywnie o tym, co się stało, o historii, która miała miejsce przed rozpoczęciem akcji dramatu. Oto zmarł stary Hamlet i przed upływem miesiąca matka młodego Hamleta ponownie wychodzi za mąż. Co zatem Hamlet robi przez ten miesiąc, gdzie jest Ofelia, co dzieje się z Gertrudą? Gertruda oczywiście wpada w ramiona Klaudiusza, wielu ludzi nie może tego pojąć, ale cierpienie skłania nieraz do dziwnych zachowań, czasami na czyjąś śmierć reagujemy wszelkimi siłami czepiając się życia. Możemy sobie wyobrazić Gertrudę uwodzącą Klaudiusza w dręczący, intensywny sposób, zamieniającą poczucie straty w potrzebę stworzenia czegoś i to z osobą, która jest bardzo blisko i doskonale rozumie. W jakiś sposób możemy to sobie wytłumaczyć. W tym samym czasie Hamlet jest zagubiony, matka nie rozmawia z nim, bo czy inaczej byłby zaskoczony, gdy miesiąc później wychodzi za Klaudiusza. Z kim więc może rozmawiać? Prawdopodobnie z Ofelią. Ona sama jest bardzo skrępowana, w zamku gdzie ważna jest opinia dworu, gdzie jej ojciec usiłuje chronić ją przed spotkaniami z Hamletem. Wyobrażamy ich sobie żyjących przez ten miesiąc w tajemniczym i intensywnym napięciu. I to ma sens, to sprowadza Ofelię ku krawędzi, okazuje się, że cała jej relacja z ojcem, do którego czuła
miłość i szacunek... była przesycona, wierzcie lub nie, ogromnym zaangażowaniem dla Hamleta. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę szczególny ładunek, jaki niesie z sobą obsadzenie w tej roli kogoś takiego jak Kate Winslet, która jest bardzo młoda, z jej dojrzewającym hormonalnie kłopotliwym rodzajem seksualności, to naprawdę wystarczy iskra, żeby rozniecić płomień. Jakie są na to reakcje publiczności? Oczywiście wszystkie od "To jest to" [śmiech], po odrazę. W każdym razie nie zrobiliśmy tego bez powodu.
Pyt. : Czy myśli Pan o nakręceniu następnej sztuki Shakespeare'a ?
Ken :
OK. ...( wiele hmm..., cóż..., ach.., itp.) Chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że fałszywe jest wrażenie, że w tej chwili wystarczy abym podniósł słuchawkę i zadzwonił do jakiegoś faceta w Hollywood "Chcę zrobić tą sztukę" i wszystko dalej będzie ślicznie. Te rozmowy zresztą za każdym razem były koszmarem. "Hamlet" ? Wyobrażasz sobie ...- "to 4 godziny", "Był jakiś 5 lat temu, z Melem Gibsonem , nie wiem czy o nim słyszałeś ?", "Teraz jest ze MNĄĄĄ ?", "Jest dłuższy, ale i szerszy, bo to taśma 70 mm.". Co wnosisz do tej nowej wersji ? "Jest *szersza*,
jest znacznie SZERSZA" [głośny śmiech i oklaski], po 400 latach cały mój wielki wkład to to, że "Hamlet" jest SZERSZY !
Następną sztuką, jak mi się zdaje będą "Stracone zachody miłości". Jest ona niezbyt często wystawiana, sprawia wrażenie sztuki młodzieńczej, język jest często niezrozumiały, nadużywane są przesadne, rozbudowane porównania, charakterystyczne dla poezji elżbietańskiej, dla elżbietańskiego zachwytu nad językiem, nad sposobami, w jakie język nadaje rzeczom przebrania. Są w tej sztuce żarty tak zamaskowane, że szczerze mówiąc, trzeba by skończyć Yale, żeby je zrozumieć. A ja tę oto sztukę chciałbym zrobić... w formie musicalu, i... [pojedyncze śmiechy z widowni]. Tak, możecie się śmiać [więcej śmiechów] rzecz w tym, że... Kiedy poszedłem do wytwórni było dokładnie tak samo. "Chcę zrobić *Stracone zachody miłości* jako musical" - wszyscy w śmiech. Stracone co ? Zachody czego ? Zaczynam od tytułu, stojąc po drugiej stronie biurka za którym siedzi ze czterech producentów, więc zaczynam od tytułu, od tego co on oznacza, "Stracone zachody miłości", kiedy tu na każdym billboardzie "Peacemaker"... stracone zachody miłości... w końcu nie mówię o tym zbyt wiele. Próba rozpoczęcia tego całego przedsięwzięcia to jak mówią nieco wulgarnie Irlandczycy jakby "popychać g... patyczkiem na szczyt wzgórza". A jednak chciałbym to zrobić w formie musicalu, ze skrótami, z odrobiną romantyzmu i tak dalej. Ale nie mogę powiedzieć nic więcej ponad: zaufajcie mi, po prostu mi zaufajcie, mam wizję, mam na to pomysł, " i wziąć się do roboty..."Tak ..., myślimy, że Arnold byłby świetny, ta sztuka pozwoliłaby mu poszerzyć krąg możliwości " [śmiech]. Nie wiem, nie wiem, muszę jeszcze raz przejrzeć scenariusz i zobaczę co da się zrobić.
Pyt. : W Pana filmach na podstawie sztuk Shakespeare'a pracuje Pan często z tymi samymi ludźmi, jak np. Richard Briers, Brian Blessed, Emma Thompson, czy uważa Pan, że to wnosi do sztuki więcej jeśli znacie się tak dobrze, czy gracie przez to lepiej ?
Ken :
Cóż, nie pracuję już z Emmą Thompson tak dużo jak kiedyś [śmiech]... To znaczy ...[huragan śmiechu]... Jest cudowna, jesteśmy przyjaciółmi i będziemy jeszcze pracować razem.
Ale wracając - to dobre pytanie, dla mnie to bardzo ważne, bo w wielu filmach zdarza się tak dziwnie, że często bez prób przychodzisz pierwszego dnia na plan i od razu musisz pójść do łóżka z kimś, kogo nigdy przedtem nie spotkałeś - tak to w aktorstwie jest naprawdę cudowne [śmiech]. Ja jednak lubię okres prób i kiedy pracuje się z grupą ludzi, z którą już się pracowało, wszyscy są rozluźnieni, każdy wie o co chodzi. W tym trudnym procesie tworzenia na wysokich obrotach, próbujesz robić naraz wiele rzeczy, chcesz sprawić, by stary język brzmiał naturalnie, by wszystko było ekscytujące, także wizualnie. Do tego te wszystkie dykcyjne " za, ze, zi, zo, zu". Co nie oznacza, oczywiście, że już możesz być z siebie zadowolony. W rzeczywistości ludzie, z którymi pracujesz regularnie, są bardziej skłonni do sprzeciwu, czują się uprawnieni do kwestionowania pomysłów, ale to naprawdę dodaje życia temu, co robimy. Myślę, że nowi ludzie wchodzący w taką atmosferę szybciej się rozluźniają a to też jest dla mnie bardzo ważne. Lubię poza tym jeszcze jedną rzecz, którą podobała mi się w teatrze. kiedy przychodzisz do teatru jednego wieczora i widzisz jak grają jakąś sztukę, następnego wieczora robią to zupełnie inaczej. To robi wrażenie. Lubię oglądać "moich" aktorów w filmach innych reżyserów, grających zupełnie inne role - jest w tym jakiś miły dreszczyk i to wrażenie udziela się całej ekipie. Pracowałem z tymi samymi ludźmi nad różnymi sprawami, coś zmieniać trzeba.
Pyt. :
Czy ma Pan projekty nie związane z Shakespeare'm ? Jeśli tak, to czy nie czuje się Pan trochę uwięziony przez wizerunek wielkiego "Shakespeare Man'a" naszych czasów [śmiech], bo przecież publiczność widzi Pana w ten właśnie sposób ?
Ken :
Jestem tak przytłoczony, że ledwie chodzę. Nie, naprawdę nie mam takiego uczucia. W ciągu ostatnich kilku lat powstało kilka filmów na podstawie Shakespeare'a, naprawdę świetnych. Myślę tu o "Romeo i Julii" - olśniewającym kawałku kina - naprawdę dotarli do sedna tej sztuki w pewien bardzo szczególny sposób. Tak samo jest z "Ryszardem III". Ekscytujące jest dla mnie uwolnienie, to, że czuję się całkiem wyzwolony z tej Idei , z noszenia kostiumu, nie przejmuję się tym, w ogóle o tym teraz nie myślę. Chciałbym coś jeszcze napisać, są rzeczy, które chciałbym zrobić, w ostatnim roku solidnie pracowałem w filmach innych reżyserów. Kiedy skończyłem "Hamleta" zacząłem fantastyczną pracę z Woody Allenem - kończymy właśnie w tym tygodniu i jak to mówią - nie mam nic na widoku. Jestem zadowolony z punktu, w którym się znalazłem, poczucie że...jest książka, którą chciałbym napisać, milion rzeczy, plany, które w wyobraźni robię, jednak nic stanowczo. To chyba dobrze, że czekam, aż jakaś następna rzecz sama powie mi, co dalej - póki co jestem otwarty na wszystko.
Pyt. :Pana role to wielkie osiągnięcia artystyczne. Czy kiedykolwiek zrobił Pan coś po prostu dla śmiechu?
Ken : [śmieje się] Dla śmiechu, oczywiście... Szczerze mówiąc, nieźle uśmiałem się przy tym, co robiłem dla efektu artystycznego, jeśli mogę to tak nazwać. Jeśli nie można się uśmiechnąć... Film powstaje w świecie nienaturalnie intensywnego przeżywania, są ogromne pieniądze, sztywny scenariusz i ludzie napięci do granic, jeśli więc nie zaśmiejesz się czasem, to naprawdę źle. Dziś w rozmowie z kilkoma osobami uświadomiłem sobie, że w ubiegłym roku zrobiłem 3 czy 4 filmy, wszystkie jakieś ekscentryczne, w pewien sposób dziwaczne, choć według mnie interesujące, musiałem je zrobić, chciałem je zrobić, coś mnie dosłownie przyciągnęło do tych scenariuszy i do ludzi zaangażowanych w te filmy. Teraz, po "Hamlecie", marzy mi się film za wielkie pieniądze, niechby kosztował i 90 trylionów pimpilionów dolarów, a później mógłbym przekonać jeszcze kogoś do zrobienia 9-godzinnego "Króla Leara", czy czegoś podobnego... [śmiech] Będzie o czym pomarzyć na starość, prawda, bo dotąd nie spotkał mnie taki luksus. Dzięki Bogu, (odpukuje) po prostu prowadzi mnie instynkt, i zwykle daje po drodze parę powodów do śmiechu.
Pyt. :
Pracował Pan w przeszłości na scenie, czy nie brakuje Panu czegoś z tamtych doświadczeń i czy rozważa Pan pracę dla sceny jeszcze kiedyś w przyszłości ?
Ken :
Jestem pewien, że będę jeszcze pracował dla sceny. Ostatnią rzeczą, którą zrobiłem był 4 lata temu "Hamlet" dla Royal Shakespeare Company - wersja kompletna. Rzeczą, która najbardziej mnie irytowała i wywoływała moje oburzenie były siła i wpływy krytyków na teatr. Wiecie, kiedy robi się film, dajmy na to "Frankensteina", który jest na całym świecie krytykowany i mimo to wyniki kasowe są O.K., potem film żyje sobie dalej na video, mimo różnych zdań o nim. W teatrze mamy całe mnóstwo prób nacisku, małe grupy ludzi pojawiają się, żeby dyktować, często z bardzo dziwnymi założeniami programowymi, jak pamiętam. Opieram się temu. Ulegam też frustracjom, że ceny biletów są wysokie, że ciężko je dostać, że wreszcie wielu ludzi wogóle nie dostanie się na przedstawienie. A jednak mimo tych wszystkich frustracji wiem, że żywe przedstawienie jest doświadczeniem jedynym i niepowtarzalnym i nie wyobrażam sobie, abym ich więcej nie robił. Mam przerwę - co było założoną z góry próbą większej praktyki filmowej. Czułem, że nie mógłbym przeskakiwać z jednej rzeczy do drugiej i robić je jednakowo dobrze. Im bardziej oddalam się od teatru, tym bardziej to, co wyniosłem z teatru... Jestem kompletnie przepełniony uwielbieniem dla tych, którzy tworzą teat - dramaturgów, aktorów. Teatr jest czymś wspaniałym. Ale szczerze mówiąc, bałbym się teraz. Mimo, że zrobiłem miliony sztuk i zapamiętałem mnóstwo słów, bardzo bym się bał. Muszę mieć poczucie ogromnego komfortu pracując nad jakąkolwiek rolą. Są role, które naprawdę chciałbym zagrać, ale bardzo bałbym się robić to na żywo właśnie teraz. Muszę popracować nad moim powrotem do punktu, w którym naprawdę będę czuł, że znów mogę to zrobić.
Pyt. : Sfilmowanie "Hamleta" długo było Pana marzeniem. Film powstał i nie dokonamy już zmian, ale... czy jest coś, co dzisiaj zrobiłby Pan inaczej ?
Ken :
Chyba tylko jedna rzecz. Omawiałem to z kimś przed paru dniami. Chodzi o monolog "Być, albo nie być", w filmie wygłaszany przed lustrem. Czułem, że chciałem tu osiągnąć jakiś specjalny efekt, i nie mogłem sobie przypomnieć, co to miało być. Na pewno niektórzy z was, o ile nie wszyscy, widzieli "Obywatela Kane". Jest w tym filmie ujęcie, w którym Orson Welles przechodzi obok lustra. Wydaje się, że przechodzi. W chwilę później ukazuje nam się przechodząc naprawdę - oczywiście, to jakieś specjalne ustawienia luster - i nagle widzimy nieskończenie wielu Orsonów Wellesów przechodzących w poprzek tego lustra. Myślę, że coś podobnego chciałem zastosować przy "Być, albo nie być". Z drugiej strony, gdybym to zrobił, powodowałoby to ogromne rozproszenie uwagi w samym środku pełnego zawiłości monologu. Może więc prostota jednego odbicia jest tu lepsza. Często, choć niewiele w tym sensu, budzę się i rozmyślam o tym. Ale z większością rzeczy jest tak, że się je kończy i zostawia. Nie wraca się. Nie oglądałem tego ("Wiele hałasu o nic"?) od 1992 roku. Nie widziałem tego filmu od czasu, gdy orzekłem: "Tu już zrobiłem wszystko, co mogłem". Kiedy ogląda się coś dziesiątki razy, przestaje się to widzieć. Doświadczenie mi mówi, że trzeba iść dalej.
Pyt. : W "Henryku V", obsada składa się głównie z aktorów brytyjskich, w nowszych filmach występują Amerykanie, Keanu Reeves, Denzel Washington.
Ken przerywa :
Proszę, znów ktoś parsknął na dźwięk imienia Keanu Reevesa [śmiech] dokładnie
w tej chwili, w samym środku sali!
Pytanie kontynuowane : Jak pracuje się Panu z Amerykanami i Brytyjczykami jako reżyserowi i aktorowi.
Ken :
Myślę, że jeśli chodzi o aktorów, jest między nimi więcej podobieństw, niż różnic. Czasami aktorzy amerykańscy podchodzą do Shakespeare'a z większą czcią niż to konieczne. Nie wychodzi to przedstawieniu na zdrowie. Pozwalają sobie ledwie na dotknięcie, Brytyjczykom też się to zdarza, co nie znaczy, że tego nie szanuję, ale tu trzeba prawdziwej, silnej relacji. Nikt nie będzie niszczył egzemplarzy sztuk, wielu ludzi to zauważa, także na naszych próbach, ale to musi być coś wiarygodnego, coś rzeczywistego, o co można się spierać, a tymczasem aktorzy z wielką nabożnością wchodzą niczym do świątyni, Amerykanie chyba częściej niż Brytyjczycy, czują, że wymawianie tych słów czyni ich kimś specjalnym, bo też to jest do pewnego stopnia prawda, tylko nie można pozwolić aby to powstrzymywało od grania po ludzku. Generalnie, panuje koleżeństwo. Myślę, że Amerykańscy aktorzy są bardziej wyzwoleni. To oczywiście duże uogólnienie, Może to wpływ teatralnej praktyki aktorów brytyjskich sprawia, że mają oni w sobie tę dyscyplinę, rodzaj uporządkowania. Wydaje mi się, że Amerykanie także to mają, ale jest w nich też pewien rodzaj wolności, miejsce na emocjonalny radar, weźmy za przykład Denzela Washingtona. W tym filmie pokazał wspaniałe naturalne wyczucie co jest wiarygodne, a co nie, położył akcenty dokładnie tam gdzie należało. Czasami w sztuce dochodzimy do momentów, w których Shakespeare wydaje się być rozleniwiony, fragment jest niespójny psychologicznie, fabuła rozluźnia się, a ty musisz jakoś się do tego ustosunkować. Aktorzy to robią, a szczerze mówiąc także studenci, i dzieci, mam na myśli to, że dzieci bezbłędnie wyczuwają moment kiedy jako dramaturg nieco zawodził, ich reakcje są naturalne i spontaniczne. Lubię różnicę, rodzaj kulturowej różnicy między aktorami ale w ostateczności podobieństw jest o wiele więcej, takie same są problemy, którym muszą stawić czoło, wymagany jest od nich ten sam rodzaj odwagi.
Pytanie o obsadę.
Ken :
Dla mnie jest to rzecz bardzo subiektywna. Nie jest przecież wymagane posiadanie specjalnego głosu do grania Shakespeare'a, niczyj głos nie musi brzmieć podobnie do mojego. Chociaż niektórzy uczeni są zdania że język w czasach elżbietańskich brzmiał jak współczesny język Ulsteru, skąd pochodzę, albo współczesny amerykański, z twardym "r" i pewnym rodzajem chropowatości. Dla mnie dźwięki różnych akcentów oznaczają że jest w tym barwa, różnorodność, rozmaitość tonów - takie brzmienie jest bardzo ożywiające. Nikt nie wie jak było wtedy. Jest wiele sporów na ten temat, ale kiedy ludzie mówią mi, jak to naprawdę było, zawsze na końcu pytam : "Byłeś tam ? Byłeś tam w 1599 ? Nie wydaje mi się." [śmiech] Owszem, wszyscy możemy mieć jakiś pogląd, "czy to jest prawdziwe", czy to wydaje się prawdziwe, czy to jest wiarygodne, czy mnie przekonało.To cholerny banał - nie jest ważne brzmienie głosu, ale zwrócenie uwagi na to co ma się do powiedzenia. Nie sądzę żeby potrzebne było jakieś specjalne szkolenie, specjalne kulturowe zaplecze. Stworzyliśmy bowiem światy, w których, mam nadzieję, daje się odczuć, że wszystkie te różnice mogą współistnieć bez problemu. W "Hamlecie" mamy XIX-wieczny dwór, który jest impresją na temat dworu XIX-wiecznego, widzimy tam wiele czarnych i azjatyckich twarzy, no może nie bardzo wiele, nie posunęliśmy się zbyt daleko, ale uczyniliśmy pewien krok ku temu, jest ich kilka, a prawdopodobnie być nie mogło, chociaż zdarzają się pojedyncze specyficzne przypadki ludzi zatrudnianych na takich dworach, ale miałem nadzieję stworzyć świat, w którym nikogo nie będzie to niepokoiło. To nie jest dokument historyczny. Żaden z tych filmów nim nie był. Jaki jest dokładny czas akcji w tym filmie? Czy ktoś może mi podać rok? Niezupełnie, bo to gdzieś między 1750 a 1850, mamy przedział 100 lat. Wiele rzeczy zapożyczyłem z innych okresów, pejzaż jest włoski, ale nie widać że to Sycylia, gdzie kręciliśmy. Mieliśmy wiele nowych rozwiązań, włączając w to sprawy, które redagowane były od ręki.
Pyt.:
Jesteśmy w kraju, w którym wciąż zwiększa się publiczność filmów brytyjskich - czy to jest "Transpointing", czy "Goło, ale wesoło". Zastanawiam się co czuje Pan - jeden z czołowych twórców brytyjskiego kina, którego przyszłość wygląda właśnie tak ?
Ken :
Wydaje się, choć mieliśmy dużo "fałszywych wschodów" w historii brytyjskiej kinematografii, że jesteśmy w bardzo twórczym i płodnym okresie dla naszego kina. W osiągnięciu tego wspomogły nas miedzy innymi obniżka podatków czy sposób finansowania pewnych brytyjskich filmów. Zupełnie szczerze mówiąc nikt nie był bardziej od nas zaskoczony na przykład sukcesem "Goło i wesoło" ("Full Monty") tutaj w Stanach. To uroczy film, niemniej zadziwiło nas, że i tutaj został doceniony i zrozumiany. Co innego może z "Trainspotting". Mamy wiele nadziei i byliśmy naprawdę zachwyceni tym, że znalazła się publiczność, ludzie przygotowani na takie filmy, że jest otwarcie na filmy, które nie całkiem odpowiadają temu, co głosi hollywoodzka machina marketingowa o zapotrzebowaniach amerykańskich widzów.To bardzo zachęcające i pokrzepiające czuć, że wśród amerykańskich kinomanów jest publiczność mająca ten rodzaj oryginalnego apetytu filmowego, nie tylko na filmy brytyjskie, ale na filmy po prostu interesujące czy oryginalne. Takie sukcesy są wspaniałym bodźcem dla naszego przemysłu filmowego, myślę więc sobie, że jak długo koledzy będziecie przygotowani na oglądanie takich filmów - tak długo będziemy je robić.
I tym akcentem ...
Podziękowania i oklaski.